Trzeba mieć odwagę i spełniać marzenia

Aktualności

Po latach pracy dla kogoś, postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i zrealizować marzenie o własnej aptece. Uwielbia pracę z pacjentami, którym pomaga już ponad 17 lat.

Anna Milczarek-Alwaked, farmaceutka

O tym, dlaczego w witrynie jej apteki pojawiły się jej zdjęcia, o zamiłowaniu do kultury Wschodu, determinacji w dążeniu do celu oraz o tym, dlaczego kocha zawód farmaceuty – opowiada mgr farm. Anna Milczarek-Alwaked, która prowadzi swoją aptekę w ramach Sieci Aptek Partnerskich 4 Pory Roku.

Obok Pani apteki, choć jest wtopiona w miejską zabudowę, nie można przejść obojętnie. Skąd pomysł, by w witrynie umieścić swoje wielkoformatowe zdjęcie?

Anna Milczarek-Alwaked: Kiedy kupiłam aptekę, okna w witrynie były niczym niezaklejone. Stwierdziłam, że jest to wspaniała okazja, by podzielić się z ludźmi ogromnym szczęściem, jakie mnie spotkało. Bo jestem niesamowicie dumna i szczęśliwa, że posiadam własną aptekę.

Nie chcę być osobą anonimową. W aptece pracuję od rana do nocy, często także w weekendy. Chcę, by moi pacjenci wiedzieli, kim jestem, kogo spotkają po przekroczeniu progu apteki. Nie jestem i nie chcę być taka jak wszyscy. Wiem, że nie wyglądam jak stereotypowa farmaceutka. Co prawda, w pracy noszę aptekarski fartuch, ale pod nim mam już ubiór, którym wyrażam siebie. Pracuję u siebie i mogę sobie na to pozwolić. Uwielbiam barwne sukienki i oryginalną biżuterię, fascynuje mnie kultura i styl Wschodu. Dlaczego miałabym sobie tego odmówić? Przecież nie koliduje to z moją wiedzą i kompetencjami. Jeśli słyszę komentarze ze strony pacjentów – są to tylko słowa uznania i aprobaty.

Jak to się stało, że została Pani farmaceutką? Dlaczego akurat ten zawód?

W mojej rodzinie nie było farmaceutów, więc jako młoda dziewczyna nie znałam się na tej profesji, nie do końca wiedziałam, co mnie czeka. Wywodzę się z domu, w którym z dużym szacunkiem traktowano pracę. Moi rodzice początkowo nie byli zadowoleni, że chcę iść na studia, uważali, że powinnam od razu pracować. Ale wiedzieli też, że jestem uparta i lubię postawić na swoim.

Bardzo dużo i dobrze się uczyłam, moim marzeniem było zostać lekarzem. Jednak dwa tygodnie przed egzaminami przyszła do mnie moja mama, trochę zmartwiona i przejęta moimi ambitnymi planami. Bała się, że zawód lekarza może być dla mnie za trudny, bo to często jest także ciężka, fizyczna praca. Z troski o mnie zaproponowała: „Aniu, a może farmacja?”. Przemyślałam jej sugestię i postanowiłam, że jednak spróbuję tego zawodu. Na studia, z racji bardzo dobrych ocen i wyników egzaminów, dostałam się bez żadnego problemu.

Nie zawsze po skończeniu studiów pracuje się w zawodzie. Pani farmację od razu polubiła?

O tak. Od samego początku studia były dla mnie fascynujące. Bardzo cieszyła mnie też perspektywa pracy z ludźmi, kontakt z pacjentami, którzy przychodzą do apteki. Moja mama zajmowała się handlem. Często w soboty, razem z nią, wybierałam się na łódzki rynek, by pomagać jej w pracy. Mnie kontakt z ludźmi nie męczy, a wręcz dodaje sił. Po skończeniu pracy, po wyjściu z apteki, czuję, że mogę przenosić góry. Może właśnie dlatego, mimo tego, że już od prawie 17 lat pracuję w zawodzie, nie jestem zmęczona pracą w aptece.

Posiadanie własnej apteki to marzenie niejednego farmaceuty. Jak udało się Pani je zrealizować?

Już na studiach marzyłam o własnej aptece. Kiedy opowiedziałam o tym rodzicom, byli trochę wystraszeni. Ryzyka, obowiązków i odpowiedzialności. Byli nauczeni pracy dla kogoś. Praca na własny rachunek kojarzyła się im z dużym ryzykiem i stresem. Moi rodzice choć nie zawsze rozumieli moje decyzje, zawsze mocno mnie wspierali. Teraz cieszę się, że są ze mnie dumni.

W końcu zrealizowałam swoje wielkie marzenie, zostałam właścicielką apteki. Jest to pierwsza i jedyna apteka, jaką posiadam. Nie chcę mieć więcej aptek, uważam, że już to jedno miejsce absorbuje mnie bardzo mocno. Wszyscy farmaceuci dobrze zdają sobie sprawę, że kupienie apteki to nie taka prosta sprawa.

Chcę tutaj dodać, że zmieniła się nie tylko moja pozycja: z kierowniczki zostałam właścicielką apteki – ale ja sama także przeszłam dużą przemianę. Jestem przekonana, że bez tej zmiany w podejściu do życia, nadal bym pracowała dla kogoś, a nie dla siebie. Każdemu będę mówić, że warto i trzeba mieć odwagę. Człowiek jest sam kreatorem swojego życia i na zasadzie rezonansu przyciąga do siebie to, co jest zgodne z energią, jaką wysyła we wszechświat. Motywacja jest tym, co pozwala zacząć, a nawyk tym, co pozwala osiągnąć cel. Wytrwałe i konsekwentne myślenie o swoim celu, nie patrząc na przeciwności, prowadzi do sukcesu.

Jak czuje się Pani „na swoim”?

Wspaniale. Nie tylko miałam szczęście, że znalazłam aptekę na sprzedaż i że to właśnie ja zostałam obdarzona zaufaniem i mnie ją sprzedano, ale jest coś jeszcze. Jest to apteka w centrum Warszawy, zaledwie cztery minuty jazdy samochodem od mojego mieszkania.

Jak tylko sfinalizowaliśmy transakcję i dopełniliśmy formalności, od razu zabrałam się do pracy. Sama odmalowałam ściany, zajęłam się ustawianiem produktów w gablotkach i koszach. Na początku tego roku pracowałam jak szalona, pozytywnie naładowana szczęściem ze zrealizowanego marzenia.

Pacjenci tego nie widzą, ale zaplecze Pani apteki jest absolutnie niecodzienne. To nie jest zwykłe biuro.

To prawda, dużo wysiłku włożyłam w to, by to miejsce przygotować tak, jak chcę. Zaplecze to nie tylko miejsce pracy biurowej, ale także moja prywatna oaza. Często bardzo dużo pracuję i potrzebuję miejsca, chwili dla siebie. Dlatego zaplecze udekorowałam tak, jak czuję się najlepiej, w klimacie, w którym łapię oddech. Lubię styl pałacowy, wschodni. Mam wyjątkowe zasłonki, bogato zdobione, barokowe lustra. W domu na taki styl i sprzęty nie mogę sobie pozwolić z uwagi na małe dzieci.

Skąd fascynacja Wschodem?

Ten styl od zawsze mi się podobał. Dzięki temu, że byłam ambitna i dużo pracowałam, mogłam sobie pozwolić na podróżowanie. Już przed laty zwiedziłam wiele pięknych miejsc, które niekoniecznie są topowymi destynacjami, polecanymi przez biura podróży. Ciekawi mnie tamtejsza kultura, filozofia, podoba mi się tamtejsza moda. Ponadto mój mąż – w polskiej wersji Józef, w oryginalnej Yousaf – jest Pakistańczykiem. Poznaliśmy się tutaj, w Polsce i tutaj też mieszkamy, wychowujemy troje dzieci. Dodam tylko, że poznaliśmy się w aptece, w której pracowałam. Wiedziemy szczęśliwe życie, bardzo dobrze się rozumiemy.

Dziękujemy za rozmowę.